- Tak, to prawda!
Odpowiadamy gdy ktoś pyta, czy to właśnie do tej cukierni Marszałek Józef Piłsudski wysyłał swojego adiutanta po pączki............ ale nie tylko On ! ! !

Do dziś nasze pączki znajdują smakoszy np: na stołach ludzi autorytetu, wyśmienitych, znanych, popularnych oraz w urzędach administracji państwowej i kościelnej.

"Władysław Zagoździński, urodził się w 1901 roku w Młynowie koło Równego, praktykował w Warszawie w cukierni Mieczysława Rydzewskiego - Krakowskie Przedmieście 12. Kiedy zdał egzaminy czeladnicze w celu pogłębienia znajomości zawodu objął posadę w cukierni Moczulskiego przy Chłodnej 40. Myśląc o założeniu własnego interesu ożenił się. Cukiernik najpierw się żenił, a potem otwierał cukiernię. Mąż zajmował się wypiekiem w pracowni, żona - ekspediowaniem w sklepie. W 1925 roku otworzył pierwszą cukiernię przy ulicy Wolskiej 53, prawie przy rogu Skierniewickiej. Nie był to duży lokal, ale Wolska była i jest w tej dzielnicy najważniejszą ulicą, podobnie jak Marszałkowska w Sródmieściu. W 1930 roku przeniósł firmę do znacznie większego lokalu przy Wolskiej 66, róg Syreny. Duzy sklep, pokój do konsumpcji ze stolikami, pomieszczenie na bilardy i pracownia. Tu już powstaje pełny asortyment towaru, a że Zagoździński był fachowcem dobrym, więc zyskał rzesze kupujacych i sympatie mieszkańców. Zagoździńscy mieszkali w tym samym domu co cukiernia. Dwie córki, Hanka i Danka, kształciły się na pensji. Ojciec, po całym dniu pracy, lubił wieczorem grać w szachy. Miał w cukierni swój stolik i miał przyjaciela w zawodzie, Franciszka Pasonia. Rozgrywali partie zapominając o świecie Bożym. Wszystko układało się dobrze do wybuchu wojny w 1939 roku. Tragedia nastąpiła, gdy wybuchło Powstanie 1 sierpnia 1944 roku. Dom, w któym była cukiernia spalono. Zagoździńscy jak tysiące warszawiaków tułali się, cierpieli i doczekali końca wojny. w Maju 1945 roku przyszli z różnych stron do ukochanej Warszawy. Spotkali się przy wypalonym domu Wolska 66. Lokatorzy własnym kosztem i pracą dom odbudowali. Cukiernia wkrótce została uruchomiona, choć znacznie zmniejszona z braku funduszów. Do pracy z rodzicami stanęło drugie pokolenie: dzielna córka Hanka z mężem swoim, Mieczysławem Grelofem, córka Danka, w miarę wolnego czasu na studiach. Zaczynali od nowa. W czasach stalinowskich cukiernia wegetowała. Rzemiosła musiały ograniczyć produkcję. W roku 1962 umiera żona Zagoździńskiego. W roku 1973 na skutek powiększenia sąsiadujących z cukiernią państwowych sklepów, Dzielnicowa Rada Narodowa usunęła Zagoździńskiego, dając lokal zastępczy przy ulicy Górczewskiej 15 w domu Wawelberga. Otrzymany lokal jest mniejszy więc produkcja została ograniczona tylko do wyrobu pączków. Do pracy przy tych pączkach stanęło trzecie pokolenie. Leszek Grelof, który po ukończeniu SGPiS-u odbył praktyki cukiernicze, uzyskał dyplom mistrza i prowadzi z matką firmę po dziadku, który zmarł w 1974 roku. Leszek Grelof zmarł w 1992 roku. Cukiernię prowadzi nadal matka, p.Hanna Grelof z córką, Zenoną Adamuszewską - podobnie jak brat jest absolwentką SGPiS-u."
na podstawie materiałów z książki W. Herbaczyńskiego "W dawnych cukierniach i kawiarniach Warszawskich" wyd. Veda z 19.12.2005 r.

Wspaniała Hanna Grelof (Babcia) zmarła w 2007 roku. Razem z córką Zenoną przez wiele lat prowadziły cukiernię. Obecnie do cukierni wkracza czwarte pokolenie córka Zenony, Sylwia. Razem z Mamą kontynują pączkową tradycję.

W 2011 r. zmarła Zenona Adamuszewska, więc czwarte pokolenie na dobre przejęło tradycję wyrobu pączków. Sylwia wraz z mężem prowadzą cukiernię według zasad i wiedzy zdobytej od Babci i Mamy. Nowe pokolenie właścicieli zdecydowało, że od sierpnia 2014 r. powrócą do sprzedaży małe pączki oraz wprowadziło od 2013 r. tak niezbędną w dzisiejszych czasach płatność "kartami".